Próba sił: Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii

April 15, 2018

 

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii, potrawa narodowa. Klasyk. Trochę jak argentyński Malbec, z tą rożnicą, że Jego Agrestowość wyjeżdżał z Europy jak król, Malbec na światową reputację musiał ciężko pracować. Różne są losy emigrantów. Nikt wówczas nie spodziewał się, że Sauvignon przeniesie swą stolicę z Francji na krańce Nowego Świata, że cierpki czerwony szczep tak zmięknie za wielką wodą.

 

Przed nami trzy butelki. Dwie z nich pochodzą z osławionego, także w Polsce, regionu Marlborough. Ostatnia - z regionu Nelson. Obydwie krainy leżą na północnych krańcach Wyspy Południowej, wbrew intuicji chłodniejszej, ponieważ to ją najpierw opływają arktyczne prądy. Obie cieszą się słonecznym (ok. 2.400 godzin w roku), umiarkowanym klimatem, z tą różnicą, że w Marlborough istnieje wyższe ryzyko przymrozków, a grona dojrzewające w Nelson są bardziej narażone na deszcz. Ogólnie rzecz biorąc warunki uprawy winorośli są bardzo zbliżone. 

 

Zgodnie z powyższym spodziewaliśmy się z Asią win podobnych, z wyraźnym akcentem tropikalnym, limonkowym, ziołowo-trawiastym. Różniących się co najwyżej jakością z uwagi na cenę. Tymczasem każda z butelek miała swoją osobowość, każda grała z innych nut. I tylko jedną cechę miały wspólną: metalową nakrętkę. Ale w Nowej Zelandii praktycznie nie używa się korka.

 

 

Marlborough Bay 2017, 12%

 

Młode wino z Doliny Wairau. Na przywitanie delikatna redukcja siarkowa, pod którą schowały się kwiaty. O ich istnieniu przekonaliśmy się dopiero po paru minutach, daliśmy winu czas na odprężenie. Następnie melon, a ogólniej - zielonkawy owoc tropikalny. Nieco limonki, imbiru. Po ustąpieniu nut kiszonkowych nos stał się ekspresyjny i dość ciekawy. To znaczy on był ekspresyjny od początku, tylko nie tak, jakbyśmy chcieli. W buzi głównie cytrusy z przewagą cytryny. Przy odrobinie chęci można wspomnieć o zielonym jabłuszku. Całość zakończona minimalną goryczką.

 

Kwasowość średnia, jak na możliwości Sauvignon Blanc z rejonów niższych. I tutaj uwaga z gatunku wygłaszanych niechętnie: wino w różnych momentach pokazuje zieloności, ale całości brakuje napięcia, nerwu. Czyli kwasowości właśnie. Czuć to nawet w fakturze. Jest spokojna, z plamami miodu, na swój sposób ładna...  Tyle, że niewiele się dzieje. Zaznaczam, że nie mieliśmy w stosunku do tej butelki wygórowanych oczekiwań. W relacji do ceny wciąż wypada korzystnie, jeśli tylko jesteśmy gotowi wybaczyć trudny początek.

 

Ocena: 3/5; zakup własny w sklepie Carrefour (ok. 26 zł).

 

 

 

Hole in the water 2016, 12,5%

 

Butelka z posiadłości Konrad Winery, polskim miłośnikom raczej znana, bo dystrybuowana w sklepach Marka Kondrata. Tym razem jesteśmy w Dolinie Waihopai, co ma się do Wairau tak, jak Żoliborz do Ursynowa. Dzieli je dystans ok. 10 km. Uwagę zwraca etykieta, która od razu tłumaczy niecodzienną nazwę: wino pochodzi z jednego z najsłoneczniejszych i najsuchszych zakątków Nowej Zelandii. 

 

To mógłby być kolor Pantone dla Sauvignon z tej części świata: jasny, słomkowy, z zielonymi refleksami. Wzorcowy. W nosie białe kwiaty, oczywiście natrętne skojarzenia z jaśminem. Na pierwszy plan wychodzą jednak (dojrzałe) owoce tropikalne. W sumie nie wiadomo, od czego zacząć, bo na zmianę czujemy brzoskwinię i ananasa, melon, mango i marakuję. Najprościej powiedzieć o owocowej sałatce z dodatkiem cytrusów i trawy cytrynowej. Usta jeszcze bardziej odświeżające. Podobny koszyk owoców, ale na wierzchu leżą limonka z cytryną. I kawałek imbiru. Oprócz tego powtarzające się wrażenie masła, delikatnej maślankowości.

 

Wysoka kwasowość i dość długi finisz potęgują doznania. Wino bardzo otwarte, rzutkie. Będzie wdzięcznym towarzyszem sałatek z owocami oraz kuchni azjatyckiej, pod warunkiem, że będą to dania raczej tłuste niż pikantne (kwasowość podniesie ostrość do potęgi). Albo dania wege.

 

Ocena: 4/5, zakup własny w sklepie Kondrat Wina Wybrane przy ul. Wierzbowej (49 zł)

 

 

Spinyback by Waimea 2016, 13% (nowość)

 

Przenosimy się nieco na zachód, do regionu Nelson, do Waimei. Nad etykietą mała nalepka. Informuje, że Wine Orbit, niezależny serwis skupiony głównie na winach nowozelandzkich ocenił butelkę na 93+/100. Mam dystans do punktacji i systemów ocen, największy rzecz jasna do swojego, ale taki wynik zobowiązuje. Za chwilę się przekonamy.

 

Barwa jasna, lekko słomkowa, dosłownie kilka tonów i wino byłoby przeźroczyste. W nosie baaardzo agrestowe, dojrzały agrest z dodatkiem białej porzeczki. Po chwili przebijają się aromaty przypominające bez. Robi się przyjemnie duszno. Jest też pod spodem jakaś nuta trawiasto-ziołowa, czy też ziołowo-przyprawowa. Trochę już podniecony winem perorowałem Asi o skoszonym sianie wygrzanym przez promienie wiejskiego słońca. Nie odnalazłem w jej oczach zrozumienia; wiadomo, miastowa. Dla niej to wino było piękne, ale proste, subtelne.

 

W ustach nieco inny zestaw: jabłka, cytryna, trawa cytrynowa. Na koniec najlepsze: maślana, wręcz muślinowa konsystencja, piękna materia przetykana drobnymi pęcherzykami powietrza. Rewelacja! Mówiąc o rozkoszach podniebienia najczęściej skupiamy się na smaku, tymczasem Spinyback udowadnia, że sama faktura wina może być źródłem rozkoszy. Już później na stronie producenta znalazłem informację, że rocznik 2017 przez 4 miesiące dojrzewał nad osadem. Bingo! Stąd właśnie wrażenie delikatnego musowania. Dolary przeciwko orzechom, że rok wcześniej winifikacja przebiegała podobnie. Podsumowując: bardzo dobre, przemyślane w szczegółach wino. Plus długi finisz. W przeciwieństwie do butelki Konrada pamięta o swoich europejskich korzeniach.

 

Ocena: 4,5/5, zakup własny w sklepie 6Win przy ul. Stawki (ok. 70 zł)

 

 

Po pełną charakterystykę glebowo-klimatyczną regionu odsyłam na strony New Zealand Wine.

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Please reload