Na początku było Słowo. (zamiast credo)

May 21, 2018

 

A na samym początku, prapoczątku, była przyjaźń. Moja przygoda z winem zaczęła się mimochodem, jako funkcja spotkań. Z Markiem piłem chyba wszystko oprócz wody święconej, ale zaprawdę powiadam Wam, nie pamiętam, czy i jej też nie, z lodem. Pierwsze wspólne wina, bardzo skracam tę opowieść: reńskie Liebfraumilch, czyli "mleko ukochanej Pani", w domyśle Maryi, moja fascynacja skoncentrowanym owocem z południowych Włoch (Primitivo), Marka miłość do taniny i beczki za 20 i 30 zł. Wszystko to przerobiliśmy.

 

W pewnym momencie, przekraczając kolejne bariery cenowe w jednostajnym tempie +5 zł za butelkę zaczęliśmy o winie rozmawiać. Bo też wpadły nam w ręce pierwsze egzemplarze "Magazynu Wino", a może i inne tytuły, nie pamiętam. W każdym razie z obszaru literatury fachowej. Cóż to było za odkrycie! Dla nas, jakoś tam na język uwrażliwionych, trochę czytatych, a przy tym wciąż sensualnie nastawionych do życia sformułowania w rodzaju "zapach wiejskiego obejścia" czy "wina w koronkowej sukni" oznaczały wejście w inny wymiar. Nawet "kocie siki", a może zwłaszcza one, brzmiały jak poezja.

 

No więc ukochaliśmy język piętrowych metafor, omówień, nie wyrażania się wprost, który wówczas, jeszcze 10, nawet 5 lat temu nieodmiennie towarzyszył winnej krytyce. Całe to językowe bogactwo, jego manieryczny, ale doskonały kunszt bardzo nas pociągało. I zaczęliśmy prywatnie rozprawiać o beczkowanym Chile z dyskontu, że jest, improwizuję, jak "zakompleksiony chłopiec, który poszedł na siłownię, ale wciąż ma pryszczatą cerę i niewiele do powiedzenia". Zaczęliśmy wino personifikować. Im mocniej żeśmy je uczłowieczali, tym pełniejsza stawała się z nim relacja. Komunia z winem.

 

Po czasie upojnych w słowa zabaw zdaliśmy sobie sprawę, że ten język się wyczerpuje, że zeszliśmy na manowce formy. Chcąc zdobyć legitymację do ferowania wyroków nawet na skromny użytek własny zaczęliśmy się o winie uczyć. Więcej czytać, mocniej się interesować. Poszliśmy na kurs, poziom średnio-zaawansowany, certyfikaty są. Wtedy mniej więcej narodził się pomysł, żeby o winie nie tylko rozmawiać, ale i o nim pisać. Ale jak? Słowo mówione, a słowo pisane, dwa różne światy.

 

Jak pisze w krótkim eseju "O czernieniu papieru" Jerzy Stempowski: "Proza (w przeciwieństwie do poezji - przyp. ml) nie czerpie z tej siły magii, lecz z jasności myśli porządkującej chaos zjawisk. Czarnoksięstwo słowa jest tu rzeczą podrzędną. Nawet retorzy są zgodni w tym, że najwymowniejszy jest ten, kto ma najważniejszą rzecz do obwieszczenia, chociażby mówił nieokrzesanym narzeczem".

 

Stempowski ma rację, przynajmniej w zakresie wytyczonej dychotomii. Przede wszystkim trzeba mieć coś do powiedzenia. Następnie powściągnąć język i wypowiadać się precyzyjnie. Temu służą podstawy krytycznego rzemiosła, metody analizy. Język techniczny, szeroko dziś praktykowany. Z drugiej strony - czy wino jest ze swej istoty bardziej prozą, czy jednak poezją? Czy wino to krótkie dossier, które streszcza się na kawałku papieru wielkości wizytówki: "barwa: ciemna rubinowa; nos: czarna porzeczka; kwasowość: średnia; tanina: wysoka; usta: wiśnia, pieprz; finisz: średni". Brzmi jak rysopis z dowodu osobistego. Dowód na istnienie człowieka, ale nie na to, kim jest. 

 

Mój pomysł na prowadzenie bloga leży gdzieś pośrodku. W dodatku sam wina nieustannie się uczę, więc połączenie technicznej analizy z refleksją ubarwioną możliwościami języka wydaje mi się nie tylko uczciwe, ale też, mam nadzieję, jakoś atrakcyjne. Tam, gdzie kończą się kompetencje, zaczyna się słowo; można mu ufać lub nie. W każdym razie jest to słowo szczere. Ostateczny głos jest najczęściej ekstraktem opinii utartych przy wspólnym kieliszku, spotkaniu, kontakcie z drugim człowiekiem. Sam tylko nadaję tym wrażeniom ostateczny kształt.

 

Czy ten przepis okaże się dobry zależy wyłącznie od Czytelników. Czego bym nie chciał to zredukować butelkę do pozycji w tabeli wypełnionej ciągiem liczb. Rozumiem potrzebę zestawień, rankingów, sam przyznaję winom oceny w pięciopunktowej skali. Jest to klasyfikacja możliwie płaska - żadne tam 87/100 - która odzwierciedla raczej subiektywne wrażenia, niż rzeczywistą, po aptekarsku odmierzoną jakość wina. Prosiłbym, żeby Czytelnicy traktowali te oceny w kategoriach możliwie luźnej rekomendacji.

 

Chciałbym też, żeby niniejszy blog miał do pewnego stopnia charakter popularyzatorski. Wino powszechnie uważa się za obszar trudny, dla laików niedostępny. Ukryty w hermetycznym języku, skomplikowanej geografii, pełny podejrzanych klasowo zachowań (facet niby pod krawatem, a siorbie). To po części prawda, ale moim zdaniem jeszcze mniej racji leży w stwierdzeniu, że "dobre wino to jest to, które nam smakuje". Nie dajcie się nabrać na ten bałamutny frazes. Wina trzeba się uczyć, a raczej: chcieć się uczyć. Dlatego też nie będę unikał pisania o miejscu i klimacie, z którego pochodzi (terroir to jednak za duże słowo), ani o ludziach, którzy je tworzą. Nauka może być przyjemna, a wino zawsze odwzajemnia nasze trudy.

 

Akurat czytam książkę Piotra Wierzbickiego pt. "Jak słuchać muzyki". Zdziwiło mnie, jak wiele wskazówek dotyczących obcowania z dźwiękami odnosi się wprost do naszego tematu: "Od słuchu ważniejsza jest pamięć. Obcowanie z muzyką, tak jak obcowanie z literaturą i malarstwem, nie polega na tym, że ona sobie skądiś płynie i że to sprawia nam przyjemność. Dzieło sztuki niekoniecznie wymaga zrozumienia, ale oczekując podziwu, domaga się choćby jednego spojrzenia, choćby strzępu zainteresowania, uwagi". Tak samo jest z (dobrym) winem. I z człowiekiem, z którym to wino pijemy.

 

 

To my beloved Dad

ml

 

Special thanks to: Joanna Anczarska, Marek Burkacki, Andrzej Łokaj, Marek Januszewski, Robert Bronowicz, Rafał Suszycki.

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Please reload