Budapeszt w kieliszku i na talerzu

May 31, 2019

 

Budapeszt przywitał nas deszczem. Nie złośliwie i niechętnie, przeciwnie; kapało zapraszająco, dokładnie tyle, żeby wyjść z domu i po paru minutach przejść przez próg Lánchíd Söröző. Knajpy, którą w "Gulaszu z turulem" rekomendował Krzysztof Varga, którą polecają turyści z całego świata posilający się tu przed atakiem szczytowym na wzgórze zamkowe i Basztę Rybacką.

 

 

Lánchíd Söröző, Fő utca 4

 

Z uwagi na brak halászlé na stół wjechała zupa gulaszowa (26 zł). Obok niej Juhtúrós sztrapacska (26 zł), czyli drobne ziemniaczane kluski z dużą ilością owczego sera, śmietany, cebulki i skwarek. Danie pasterskie, środkowoeuropejskie z ducha, z ciała karpackie, bo czyż ta kompozycja składników nie przypomina przepisu na bryndzové halušky? Potrawa prosta i pyszna, po talerzu zupki nasyciła dwie osoby. W międzyczasie podbieraliśmy dzieciom smażone ziemniaczki (obłęd!), dodatek do ich wieprzowych medalionów (37 zł). 

 

 

Zamiast wina kieliszek pigwowej palinki. Może podświadomie. Szczerze mówiąc Lánchíd Söröző bardziej sprzyja piciu piwa lub palinki niż wina, to miejsce z pogranicza restauracji i pubu, o czym przypominają wiszące na ścianach plakaty Stonesów, King Crimson i innych gigantów rocka. Atmosfera jest swobodna i oswobadza się, tak myślę, w miarę kolejnych zamówień. Nam się podobało.

 

 

Olaszrizligi i wątek Somló

 

Olaszrizling, czyli Riesling włoski, najbardziej rozpowszechniona biała odmiana na Węgrzech. Popularna od Austrii (Welschriesling) po Rumunię (Riesling Italico), od Słowacji (Rizling Vlašský) po Serbię (Rizling italijanski). Zabawne, bo nie jest to ani szczep włoski, ani tym bardziej Riesling niemiecki, królewski, o którym mimowolnie myślimy. Podobno Węgrzy chcieli rozwiązać ten tożsamościowy problem nadając szczepowi nowe imię. Miał być Nemes, Oris albo Mandula; żadna z tych nazw ostatecznie się nie przyjęła. Dwa podstawowe Olaszrizlingi testowaliśmy w dość swobodnym połączeniu z tagliatelle z łososiem i szparagami.

 

 

Varga Olaszrizling Balatoni 2017, 11,5%, ok. 20 zł

 

Producent znany nad Wisłą. Kolor słomkowo-przejrzysty, aromat już dojrzały z przewagą agrestu i kwiatem akacji. Z kolei usta rześkie, szczere. Wino gastronomiczne, nie tylko dlatego, że obficie podlałem nim patelnię. Ma dobrą kwasowość, nie ginie w trakcie konsumpcji. Finisz trwa tak długo, żeby uzupełnić kieliszek i znów cieszyć się urlopem. W relacji do ceny to wciąż dobre wino. 3,5/5

 

Kreinbacher Olaszrizling Nagy Somlói 2017, 13,5%, 35 zł (zakup w winotece Bortársaság)

 

Somló, najmniejszy region winiarski na Węgrzech, położony 50-60 km od północno-zachodniego brzegu Balatonu. Dla mnie, prywatnie, jeden z największych, bo w każdym z tych win czuć odrębność naznaczoną przez wulkaniczno-bazaltowe gleby. W tym konkretnym kieliszku ciepłe owoce (melon, brzoskwinia), krzesane kamienie i pokrzywa. Do tego szczypta białego pieprzu, muśnięcie kajmaku. Słabo? Buzia świeci się z rozkoszy, wino jest miękkie, delikatnie woskowe, ale nie ma czasu nas oblepić, takiego sprzedaje kopa. Kwasowość marzenie, na finiszu sól.  4,25/5

 

 

Kreinbacher Juhfark 2016, 13%, 31 zł (Szupermarekt SPAR)

 

Juhfark, wizytówka regionu. Endemiczny szczep uprawiany na lokalną skalę, stanowczo zbyt małą jak na swą oryginalność. Kiedyś wierzono, że wina z Juhfark leczą anemię, choroby nerek i wątroby, że regulują zaburzenia trawienia. Na pewno cudownie regulują nastrój. Podstawowy Kreinbacher pachnie mirabelkami i owocami białej śliwki, a jak postoi również brzoskwinią. Profil uzupełniają tematy polne (rumianek, słoma) oraz siarkowa mineralność. Po pierwszym łyku, mięsistym i obfitym na podniebieniu wino schodzi z tonu, by powrócić w mineralno-słonym, terroirystycznym finiszu. 4/5.

 

Czerwony Budapeszt

 

 

Heimann SXRD 2016, 13%, 30 zł (SPAR)

 

Do Heimanna mam stosunek osobisty, od wielu lat obserwuję te wina podczas różnych Show i Grand Prix. Bardzo je lubię. Tu nieco szalony kupaż Kékfrankosa, Cabernet Franc, Merlota i... Sagrantino. Leśne owoce, leśna wilgotna ścieżka i trochę zwierzęcej sierści. Aromaty proporcjonalne i czyste. Z gęby kapie czereśniowo-wiśniowy sok - z gęby, bo to wino się żre, a nie degustuje. Jest miękko i bez pretensji, nic nie wystaje, nic nie odciąga od radosnego spożycia. Ultrapijalność w wadze średniej za śmieszne pieniądze. 4,25/5.

 

 

St. Andrea Aldas Egri Bikavér 2017, 14,5%, 50 zł (SPAR)

 

Aromat ściółkowo-przyprawowy z dominantą liści, gałki muszkatałowej, ziela, papryki. Pod spodem owoce czarnych porzeczek i jeżyn. Na palecie owocowa chwila przykryta zielem angielskim i czarną kawą. Co kto lubi. Więcej amatorów znajdzie już miękka faktura, której błysk rozpraszają psotne, bo wciąż młode garbniki. O ile nie stępi się owoc rokowania są więcej niż dobre. Dziś bardziej koleżeńskie z kawałkiem tłustej paprykowanej kiełbasy. 4/5.

 

 

Petreny Big Band Egri Bikavér Superior 2013, 14%, 50 zł (Bortársaság)

 

Mam z tym winem problem. Raz, że rozpływaliśmy się nad dwoma nie tak odległymi rocznikami w Tęczy od Kuchni, z czego genialny 2011 był w swoim szczytowym punkcie, a 2009 tylko chwilę po. Dwa: kilka dni temu przeczytałem, że z notą 86 punktów butelka otrzymała brązowy medal w konkursie Decanter World Wine Awards 2019. OK, brązowych medali rozdano kilka tysięcy, a 86 pkt jest kwalifikowanym minimum. A jednak wciąż uważam, że to nagroda na wyrost dla chłopaka, który nie chce dojrzeć, a chuderlawe ciało chowa za chłodnym, wyzywającym spojrzeniem. 3,5/5.

 

 

Hungarikum Bisztró (Steindl Imre utca 13)i Grand Tokaj Furmint 2015, 75 zł

 

Wybór spontaniczny, po stronie Pesztu złapał nas deszcz. Od razu uprzedzam - tu też nie zjecie halászlé. Ten fakt, poparty wzmożoną czujnością do końca wyjazdu otwiera drogę tezom radykalnym, najryzykowniejszym: nie jest łatwo o zupę rybną w Budapeszcie. No więc znów gulyás (26 zł). Tym razem ostrzejszy i bardziej substancjalny mimo niewielu kawałków mięsa i ziemniaków. Hungarikum Bisztró zaprasza też na langosza, który jest pyszny sam w sobie, a usmarowany śmietaną, czosnkiem i serem otumania zupełnie (22 zł; jedliśmy też langosza przy Zrínyi utca, 200 metrów od Bazyliki - bez porównania). Posiedzeniu towarzyszył Furmint. Oszczędny w aromacie, nadrabia ciałem (dojrzałe jabłka, brzoskwinie, masło, kamienie, sól) i porządną kwasowością. 3,5/5.

 

 

Halászlé, czyli zrób to sam

 

Klękajcie budziańscy i peszteńscy restauratorzy przed naszą zupą rybną, która jest najlepsza, bo jest nasza, bo innej nie ma. Sekrety na udaną zupę są dwa. Pierwszy to drobno siekana cebulka duszona z perwersyjną ilością ostrej lub słodkiej sproszkowanej papryki. Duszona długo, nieustannie na granicy smażenia, której to granicy nie przekraczamy podlewając patelnię drobnymi ilościami wody lub, jeśli mamy humorek, białego wina. Należy osiągnąć stan jednolitej czerwonej papki. Sekret drugi: ekstraktywny wywar z ryb słodkowodnych (głowy i ogony karpia, suma). Reszta jest kwestią wyobraźni. My dodaliśmy lekki warzywny bulion, nieco przecieru z pomidorów i zacierkowy makaronik tarhonya. Plus kawałki ryby, śmietanowy kleks, cienkie plasterki ostrej papryki... Baja. Gdybyście chcieli zrobić wersję segedyńską ryby należy przetrzeć.

 

 

Andante Wine Bar, Bem rkp. 2

 

Wine Bar położony nad rzeką, tuż przy Moście Łańcuchowym. Wystrój lokalu ewokuje cudowne lata 90., może i wcześniejsze: czerwone obrusiki, zasłaniający widok na miasto kwiat doniczkowy w oknie, dostojnie poszarzałe framugi, muzyczka z głośnika od wieży. Cicha w lokalu, głośna w tobie, jeśli akurat usiadłeś obok. Coś jak, kurczę, nasz Lotos! Jest i mapa Wielkich Węgier, choć jak na mapę - nieduża. Zawieszona nie w centralnym punkcie, ale w narożniku, w tym miejscu na ścianie, gdzie narodowa duma spotyka narodową traumę. Jeśli dodamy do tego możliwość przeglądu ok. 100 lokalnych win na kieliszki i, jak na warunki Budapesztu, rozsądne ceny - koniecznie trzeba tu zajrzeć. 

 

 

Somlói Apátsági Pince Juhfark 2017, ok. 34 zł za kieliszek

 

Gdy kelner usłyszał, że chcemy puentować wieczór tym właśnie Juhfarkiem jego twarz po raz pierwszy nabrała wyrazu. Pytająco uniósł brew, spojrzał w oczy, jakby szukając w nich odpowiedzi czy jesteśmy wystarczająco godni. Chyba zdaliśmy test, bo po chwili powiedział, że "w takim razie idę po zupełnie inne kieliszki". I poszedł. W nosie rumianek, polne kwiaty, ale nie o łąkę tu chodzi, tylko o gotycką mineralność. Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień. Po chwili zatapiamy się w solonym maśle, w słonym karmelu. Mega! Usta zapominają o wytrawności, cały czas zbaczamy z kwasowego szlaku w poszukiwaniu nowych wrażeń, a wino wcale tego nie ułatwia, musimy przeciskać się językiem przez jego masę. Do długiej kontemplacji. 4,75/5.

 

Asia po 4 kieliszkach w Andante

 

Chciałem koniecznie przywieźć tę butelkę do domu, w tym celu wybraliśmy się do sklepu MyWine przy Arany János utca. Wyobrażacie sobie moją minę, kiedy odrzuciło nam po kolei wszystkie płatności kartą. Ekspedientka bezradnie rozłożyła ręce i poleciła spacer do bankomatu, którego nigdzie nie było, było za to wściekle deszczowo. A jednak bogowie czasem się uśmiechają.

 

 

Zupełnym przypadkiem znaleźliśmy Somlói Apátsági Pince parę godzin później, podczas ostatniego spaceru po starówce. W Jamie's Italian Budapest - fajnej, nowoczesnej knajpie - mieli rocznik 2016. Nie tak dobry, nie tak masywny, za to z obłędnym aromatem prażonych słonych orzeszków i dodatkiem przyprawy piernikowej. 4,25/5.

 

Budapeszt jest dość drogi, ale (dobre) wino tanie. Odwrotnie niż u nas. Jeśli interesują Was winiarskie Węgry zaglądajcie na blog Niewinne Podróże

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Please reload