Friday I'm in love: Mitteleuropa

May 5, 2018

 

Kwietniowy Fiil się nie odbył, Towarzystwo wyjechało na wczasy. Wyposzczeni, spragnieni, z trudem doczekaliśmy maja. Tym razem postawiliśmy na regionalizację. Tematem spotkania były wina z Mitteleuropy. Wybór sam w sobie ciekawy, ale i logiczny, jeśli wziąć pod uwagę, że Gospodarze, Grażyna i Artur, dopiero co wrócili z wyprawy do Bośni, zaliczając po drodze Budapeszt i Brno.

 

Na dzień dobry Regina Coeli, czyli Królowa Niebios. Wino morawskie szczepu Pálava, krzyżówka odmian Tramín i Müller Thurgau. Nigdy o nim nie słyszałem, ale czuję się usprawiedliwiony, ponieważ jak uczy dr Artur w samych Czechach stanowi ledwie 1% upraw. Nalewamy. Kwiaty, jabłko, brzoskwinia. Ależ to wino pachnie! Takiej intensywności nie powstydziłyby się Verdejo i Gewürztraminery. Może dlatego, że Tramín to inaczej... Gewürztraminer. Buzia zdecydowanie kwasowa w typie zielonego jabłuszka, podkreślona goryczką skórki z grejpfrutów. Wino energiczne, sprężyste i bardzo pijalne. Aromat ociepla się razem z temperaturą wina; dostajemy coraz więcej dojrzałej brzoskwini. Po godzinie nos rozsadza zapach syropu z puszki, za to usta wciąż pozostają świeże. Świetne wino "zakupione w Brnie w slowfoodowej sieciówce Sklizeno za 235,90 Kc (40 zł)" - chwalił się Gospodarz i trudno mu się dziwić.

 

 

Z Czech wstąpiliśmy do Polski na kieliszek Johannitera. Konkretnie do Winnicy Moderna na Wzgórzach Trzebnickich w woj. dolnośląskim. Na początku słodki aromat, który schematycznie nazwałem landrynką, z kolei Jasiek mówił o gumie balonowej. Gdy słodki balonik pękł dało się wyczuć aromat kwiatów i białej porzeczki (na kontretykiecie - agrest), która weszła w egzotyczny związek z marakują (na kontretykiecie - owoce tropikalne). Ciekawe połączenie, ale w porównaniu do Pálavy zdecydowanie mniej zdecydowane. Z kolei usta zadziorne, znów określone przez jabłko i gorzkawe cytrusy. W sumie ok, ale wypadłoby korzystniej jako wino otwarcia.

 

 

Jedziemy na południe Słowacji do miejscowości Béla położonej o rzut butelką Rieslinga od brzegu Dunaju. Jabłka i cytrusy aż musują pod ciśnieniem bąbelków. Spora kwasowość i jeszcze większa pijalność - do produkcji użyto gron z opóźnionego zbioru, mamy więc cukrowe podłoże. Mimo to wciąż szczupłe, harmonijne wino, które uwzniośla prostotę. Dla nieprzekonanych: Chateau Béla to nie tylko winnica, ale i adres pięciogwiazdkowego hotelu widocznego na etykiecie. Sądzę, że nieźle się tam wypoczywa.

 

 

Pora na Niemcy. Podobnie jak wyżej Riesling z późnego zbioru w wytrawnej wersji. Nos petrolowy, lakierowy. Pod spodem jaśmin i słodkie owoce z sadu w typie czerwonego jabłka i dojrzałej gruszki. Elegancka architektura: wino oblepia usta, kontrapunktuje bąbelkami, puentuje grejpfrutowym finiszem. Klasyczny przepis na Rieslinga, który nigdy się nie nudzi. Przynajmniej nie nam. Do kupienia w Prohibicji na Żoliborzu.

 

 

Przed spotkaniem zakładałem, że stół ugnie się pod winami z Węgier, gdy tymczasem butelka Muskotály (Muscat Ottonel, a jeszcze prościej - Muscat) była jednoosobową reprezentacją. Dostajemy mocno wygrzane brzoskwinie zanurzone w miodzie. Ale w jakim miodzie? Akacjowym? Wielokwiatowym?  Przyznam, że nie byłem gotowy na ten spór. Temperaturę ostudził dopiero pierwszy łyk, jak na wino półsłodkie dość orzeźwiający, z wyczuwalną kwasowością. 

 

 

Drugie podejście do Moderny. I od razu przeskok do win czerwonych, które miały towarzyszyć głównemu daniu. Były to Ćevapčići w kanonicznej wersji bośniackiej (podłużnie uformowane mięso jagnięce z dodatkiem drobno siekanej cebuli i kajmaku - pysznego sera o konsystencji mascarpone. To wszystko z pitą domowego wypieku). Niestety przez tłuste paluszki i niepohamowany apetyt nie zrobiłem zdjęć, ale oryginał można zobaczyć w odcinku "Makłowicz w podróży" z Sarajewa. Nie jest to tani wybieg - Grażyna i Artur stołowali się dokładnie w tej samej knajpie. I chyba nie raz, bo jedzenie wyszło kapitalnie. Wracając do naszego Rondo: w nosie śmietana z czarną porzeczką i leśnymi owocami plus powiew mentolu. Usta mniej ciekawe, spłaszczone przez eteryczną kwasowość i niski poziom tanin. Na szczęście Artur, tytułowany od tej pory Wielkim Cevapologiem miał w zanadrzu butelkę Syraha od Cono Sur. Jak się okazało - najdalej na zachód wysuniętej winnicy Mitteleuropy. Widzę, że niektórzy się krzywią, a ja Cono Sur będę bronił. Przewidywalność okazała się jego wielką zaletą. Był przepisowy zestaw owoców (jagoda, jeżyna, śliwka), nieco pieprzu i czekolady. Każdy kolejny łyk utwierdzał mnie w przekonaniu, że w tej cenie trudno o lepsze wino z supermarketu. A i do grillowanego mięsa jak znalazł.

 

Tytuł wina wieczoru otrzymała Pálava, Królowa Niebios z winnicy Trpělka & Oulehla - za obłąkańczy aromat i stosunek jakości do ceny. Tym razem nam się poszczęściło, bo większość pozostałych etykiet prezentowała dobry, wyrównany poziom.

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Please reload